Cześć, nazywam się Krzysiek, mam 55 lat i trójkę niesamowitych dzieciaków. Z wykształcenia jestem stolarzem, z zawodu grawerem a z zamiłowania motocyklistą i.. żeglarzem oczywiście. Żeglarstwo w moim przypadku to nie tylko pasja, ale i styl życia, a obecnie zawód. Szmat czasu przemieszkałem na Czardaszu który stał się moim domem, nie tylko w lato i nie tylko na ciepłych wodach...
Po raz pierwszy postawiłem nogę na pokładzie poczciwych drewnianych dezet „Wars” i „Sawa” należących do warszawskiego Pałacu Młodzieży. Miało to miejsce w ośrodku PM „Pieczarki” nad jeziorem Dargin, gdzie jako dzieciak spędzałem wakacje na obozach modelarskich. Mieliśmy też do dyspozycji kilka omeg w ramach t.z.w. „małych żagli”.
Później był Zalew Zegrzyński i oczywiście Mazury, raczej okazjonalnie i dzięki inicjatywie przyjaciół ze studiów. Za żeglarstwo na poważnie wziąłem się dopiero po 30-ce. Pracowałem wtedy ciężko prowadząc własną firmę, i żeby nie zwariować szukałem sposobu na oderwanie się od obowiązków. Ponieważ Tajniak (mój pies) nie przejawiał zainteresowania do podróżowania ze mną motocyklem, kupiłem swój pierwszy jacht. Nie miałem wątpliwości jaki wybrać: Sportina 595 Andrzeja Skrzata z mieczem szybrowym, marzenie z okresu studiów. Łódka krążyła między Zalewem Zegrzyńskim a Mazurami, pokonując wielokrotnie trasę Narwią i Pisą. Nie tylko ku radości Tajniaka, ale także starszej córki, którą dzięki temu mogłem odbierać z obozów w ośrodku PM „Pieczarki” (a jakże!) i wracać do Warszawy wodą.
Naszym portem macierzystym w tym okresie była przystań WTW w Zegrzu Południowym. Sportina w międzyczasie przeszła duży remont: otrzymała nowy silnik i nową dużą przyczepę zbudowaną pod wymiar Twistera 800 (bo taki zgodnie z marzeniami miał być mój kolejny jacht). Dzięki niej zaczęła odwiedzać inne akweny, aż w końcu wylądowała na cały sezon w Szczecinie, gdzie po raz pierwszy dotknęła słonej wody. Wtedy zrozumiałem, że nie chcę już dłużej pływać po śródlądziu. Szybko przekonałem się też że moja sportinka nie nadaje się do pływania po morzu, nawet bardzo ostrożnego, na przykład wokół Rugii. Sprzedałem ją w Szczecinie, a obecnie stacjonuje w Kłaipedzie pod nowym litewskim armatorem odwiedzam ją regularnie w Smiltyne Yacht Club na Mierzei Kurońskiej.
Sportina otrzymała nazwę „Hakuna Matata” co idealnie oddawało moją filozofię życiową. Spędziłem na niej wspaniałe chwile, na jej pokładzie rzuciłem się w wir książek żeglarskich i podróżniczych, rozpalając wyobraźnię o dalekich rejsach. Po jej sprzedaniu zapadła decyzja o zakupie jachtu pełnomorskiego, a co z tego wynikło dowiesz się w zakładce JACHT
Niewiele wcześniej wypuściłem się po raz pierwszy na prawdziwe morze. Był to rejs na Zawiszy Czarnym z Gdańska do Vastervik i Visby, w styczniu i przy silnych mrozach. Zaliczyłem też inne polskie żaglowce, jednak bieganie po rejach i kolejki do steru to nie mój świat, zdecydowanie wolę mniejsze łódki. Zanim poprowadziłem swój pierwszy rejs odbyłem ponad 20 rejsów w załogach na różnych jachtach i akwenach, rzetelnie i stopniowo zdobywając wiedzę i doświadczenie od różnych kapitanów. Nie uznaję chodzenia na skróty, co staram się wpoić moim kursantom, zwłaszcza t.z.w. zbieraczom 200 godzin korzystających z rozdawnictwa uprawnień. Bezpieczeństwo to klucz do dalszej przygody z żeglarstwem. Odkąd Czardasz znalazł się na wodzie odłożyłem nim 127 tys. mil bez poważnych awarii i wypadków. Jeśli chcesz się dowiedzieć jak się to robi oraz jakie mam dalsze plany i marzenia kliknij TUTAJ